ELVIS CENTRUM

International Centre Of Elvis Presley

  • Nie jesteś zalogowany.

#1 2017-09-08 14:39:53

Marlena
Użytkownik
Zarejestrowany: 2008-12-16
Posty: 13595

Elvis –Walk A Mile In My Shoes The Essential 70’s Masters

Wydanie to porządkuje poprzez muzykę najbardziej złożony okres życia Elvisa. W latach ’70 Elvis komunikował się z nami całym swoim sercem.
Każda piosenka, która została włączona w ten zbiór żyje, ponieważ jest tym, co Elvis chciał z niej zrobić.

„Walk A Mile In My Shoes” jest głęboko proroczą piosenką Joe South’a , która pośrednio odzwierciedla sposób w jaki Elvis postrzegał swoje życie i nasz świat w latach 70-tych , a tytuł odpowiada tej historycznej retrospekcji.

Niewiarygodne bogactwo materiału nagranego przez Elvisa w ciągu ostatnich siedmiu lat życia objęło by 15 dysków (w kolekcji znalazło się ich 5), ale producenci postanowili skupić się na szerokiej gamie jego świeckich nagrań jakie powstały  w ciągu tych lat.

Muzyka Elvis’a z lat 70-tych była zbierana i przebierana, analizowana, wydawana, ale dopiero teraz zebrano ją  (i to częściowo) w  jako taką całość. Pomoże to niektórym uświadomić sobie jak był produktywny w ostatnich siedmiu latach swego życia.

Kiedy śpiewał odczuwał mocniej pełnię siebie samego i czuł się związany z resztą ludzkości niż w jakimkolwiek innym czasie i wszystko to można usłyszeć bez zagłębiania się w coś abstrakcyjnego i także jest to tak konkretne jak fakty, o których mówią jego nagrania.  Więc śpiewał!  To jest podstawa nie dający się zredukować fakt, który w żadnym okresie nie władał nim tak bardzo jak w latach 70-tych. 120 utworów zostało skompletowanych przez Dave’a Marsh’a i są bezcenną pomocą w widzeniu wyraźniej najbardziej błędnie rozumianego muzycznego okresu Elvisa .

-RCA Record Label

Część I –
Dawe Marsh

„Jakim życiem żyć, żeby pozwoliło mi oddychać i kochać kogoś, lub coś i żeby krzycząc nie uciekać w las?”

Barbara Kingsolver
„Animal Dreams”

Elvis śpiewał! Śpiewał dla siebie samego, śpiewał dla przyjaciół, śpiewał żeby się podobać i żeby żyć. Między Elvis’em lat  50-tych i 60-tych a  Elvis’em lat 70-tych  otwiera się otchłań różnic.

W latach ’50 musiał udowadniać że jest kimś trochę innym, niż ktoś robiący tylko nieszczególnego rodzaju zwierzęcą muzykę.

W latach ’60 był zmuszony po powrocie z armii do demonstrowania swej stałej siły, a później pod koniec dekady gdy wynurzył się z mgły Hollywoodu posiąść stałą żywotność  wykonawcy scenicznego i artysty nagraniowego.

Spotkał się z każdym z tych wyzwań, więc w trzeciej dekadzie nie miał już przed sobą żadnych szczytów do zdobycia.

Elvis samotnie stał na szczycie i jego pozycja była niezachwiana i nikt nie mógł być dla niego wyzwaniem -nawet John Lennon czy pozostali Beatlesi. Elvis Presley został uznany nie tylko jako król Rock’n’Rolla ale i wszystkiego co spenetrował. Był szeroko postrzegany nie tylko jako największy piosenkarz rock’n’rolla ale dobry piosenkarz country, pop, gospel, blues’a, a nawet utworów operowych . I jak napisał krytyk Jon Landau po obejrzeniu występów Elvisa był również niekwestionowanym królem estrady: „Przepych i niezwykłość tych zadziwiających występów pozwala widzieć w nim króla. On jest jedynym artystą estradowym na świecie który nie musi ubezpieczać swej sławy, sukcesu, wspaniałości czy wielkości. Jest jedynym wykonawcą który może bawić się tym, a my razem z nim.”

W dodatku Elvis zajmował tę pozycję nie przez mianowanie a przez zasługi. Jego występy na żywo sprowadzały koncert muzyki popularnej do zupełnie nowego wymiaru czyniąc go jak to skomentował Landau nowoczesnym : „On jest jednym z najwybitniejszych artystów amerykańskiej komedii muzycznej. 31 filmów dało mu wystarczająco dużo praktyki do tego stopnia  że gdy oglądamy go dzisiaj widzimy najpierw aktora a następnie dopiero muzyka i kiedy łączy te dwa talenty ze swoją bardzo osobistą królewskością, to rezultatem jest pięknie wypracowane nowoczesne widowisko.”

- Wszystko razem dowodzi że Elvis wiedział co mówił do Marion Keisker ,kiedy pierwszy raz pokazał się w studio nagrań („nie jestem do nikogo podobny i śpiewam wszystko”)

Jeżeli nawet  coś zmieniło się w jego muzyce lat ’70 z jego rozszerzoną paletą stylów i aranżacji, to te dwie deklaracje brzmią prawdziwiej niż kiedykolwiek.

Problemy zdrowotne prześladowały go przez cały czas, a mimo to Elvis stworzył naprawdę znaczący plik nagrań.

Nagrania takie jak: „Brning Love”, „Mery Christmas”, „I’ve Got A think About You Baby”, „Bridge Over Troubled Water”, „You Gave Me A Mountain”, An American Trilogy”, Steamroller Blues”, „Promised Land” i „Hurt” udowodniły dwie rzeczy, pierwsza, że Elvis był zdolnym piosenkarzem zdolnym do tego by parać się każdym gatunkiem piosenki i rzeczywiście pozostawił spuściznę, do której niewielu tylko mogło się zbliżyć – drugą jest to, że w miarę jak dojrzewała  jego muzyka stawała się bardziej osobista tak, że wydawał się całkowicie odporny na jakiekolwiek wpływy. Szczególnie jest to widoczne w serii niemal autobiograficznych piosenek nagranych w okresie jego separacji i rozwodu.

Elvis nigdy nie grał dla snobistycznych interesów. Robił swoją muzykę podczas niekończących się występów scenicznych, długich pobytów w Las Vegas i na wielu wyczerpujących sesjach. Właśnie na nich w studio nagrań śpiewał przez cały czas: od momentu kiedy wszedł do studia do momentu kiedy je opuszczał.

Felton Jarvis roztropnie przez większość czasu miał włączoną taśmę. To co może być pokłosiem tych taśm oferuje nawet więcej – wielkie zdumiewające wykonania: „A Hundred Years From Now”, „All’ En El Ranco Grande”, „Froggy Went A Courtin” albo sugestywna wersja „Running Scared”, Lady Madonna”, „I Sall Be Released” i „Men With Broken Hearts”.

To czego można nauczyć się z tych interludiów znacznie przekracza granice muzyki w stronę ważniejszej kwestii – tworzenia muzyki. Słuchając ich widzi się jak w brawurowy i pełen pasji sposób Elvis mógł się otwierać a nawet w kilku wersjach zaproponować inną interpretacje. Mógł również całkowicie zawładnąć piosenką, tak starą jak „Froggy Went A Courtin”, mógł się wziąć za coś tak od niechcenia, jak za „Triger Man” , którą zrobił z marszu i przerobił ją bluesowym wykonaniem w jedną z najczystszych i najbardziej przemyślanych piosenek jakie kiedykolwiek zaśpiewał.

To wszystko ukazuje człowieka który rozkoszuje się swoją muzyką, którego najlepszymi przyjaciółmi byli ludzie, z którymi tworzył tę muzykę i którzy pomagali mu dotrzeć do wnętrza samego siebie i którego my wszyscy pokochaliśmy, a poprzez tę miłość odkryliśmy większą głębie niż można było przypuszczać, nie tylko w kochanym, ale także w nas samych. I jeśli sądzicie, że przypisuje się zbyt wiele tej muzyce to posłuchajcie – Elvis Śpiewa!

Część 2
„Widzę za innych. Zamiast mówić, umieszczam na płótnie moje wizje które na mnie napierają. Wcześniej , zanim zdecyduje jakiej barwy użyję   nie wiem, co umieszczę na płótnie . Zaczynam obraz o każdej porze. Mam takie uczucie, jakbym był wyrzucony w przestrzeń i nigdy nie wiem gdzie wyląduję”.

Pablo Picasso

Artyści mają dwie metody pracy: są tacy, którzy dążą do niepewnego celu tworząc pod wpływem natchnienia, dorywczo ale intensywnie między długimi okresami przerwy,  – ci są romantykami. Inni pracują regularnie chociaż niekoniecznie codziennie z czystym zamiarem przekształcenia czegoś w coś zupełnie innego – ci są robotnikami. Elvis prawdopodobnie  zbliżył się do wizerunku pracowitej pszczółki na niwie swojej wyszukanej sztuki, jak nikt inny.

Łatwo jest nie respektować tego co robił , ale jeśli siedzicie zamknijcie oczy posłuchajcie, wtedy zrozumiecie intencje tej ciężkiej pracy od początku do końca jego kariery, która stworzyła poczucie muzycznej naturalności, łatwości i która ustawiła ją na swoim miejscu. Nie potrafię zrozumieć dlaczego powstał image Elvisa jako leniwego człowieka, godzinami próżnującego w Graceland, zajmującego się tylko kupowaniem obcym ludziom  Cadillac’ów, a przy okazji przepuszczającego miliony w Las Vegas.

Przedstawiając szczegóły sesji chciałbym  podważyć ten wyimaginowany obraz i udowodnić, że aż do ostatniego roku swojego życia Elvis przez cały czas pracował, a w centrum tej pracy znalazły się mordercze występy sceniczne.

Sporo energii zużywał także (kto widział koncerty ten wie), aby powstrzymywać pewnego rodzaju historię, którą o czym wiedział, mogła wywołać już sama jego obecność. I w studio tracił sporo zdrowia sięgając nie tyle po techniczną perfekcję, czy nawet właściwą piosenkę ile po twórczy aspekt, właściwą kombinację techniki materiału, postawy i atmosfery, aby przelać to wszystko w tworzoną przez  siebie wspaniałą muzykę.

Od Elvis’a i muzyków poczynając, poprzez producenta Feltona Jarvisa i inżynierów aż do tych wszystkich którzy byli wokół nich, było zadaniem ułatwienia stworzenia tej atmosfery i stawanie na głowie dopóki nie nadszedł właściwy moment który dawał pewność że muzyka ma właściwą strukturę.

Jarvis jako inżynier RCA Studio w Nashville nagrywał Elvisa przez kilka lat dopóki nie został producentem ponoszącym pełną odpowiedzialność za sesje i nie porzucił RCA, żeby pracować bezpośrednio dla Elvisa. Inni podjęli pracę z Elvis’em po jego powrocie do Las Vegas w 1969 roku i kontynuowali ją dalej na jego rozległych trasach.

Personel studia na przestrzeni lat ulegał rotacji . Na perkusji od czasu do czasu grali Jerry Carrigan lub Keneth Buttrey, na basie Emory Gordy, na harmonijce Charlie McCoy, na pianinie Tony Brown (obecnie jest dobrym producentem country), ale przeważnie Elvis pracował ze stałym trzonem zespołu, czy to nagrywając w Nashville, Hollywood, Memphis, czy na trasie i miał dobre rezultaty.

Ale kiedy próbował nagrywać w Stax Studios w Memphis w 1973 roku rezultaty były dość marne (za wyjątkiem wspaniałej piosenki Tony Joe „I’ve Got A Thing Abou You Baby”, która mogłaby być większym hitem niż była ) dopóki nie zrezygnował z pracy muzyków studyjnych Stax: Duck’a Dunn’ i All’a Jackson’a i grupy The Mickle Soals i nie sprowadził Reggie Young’a i Tommy Cogbill’a.

Podniósł się również przy pomocy różnorodnych dobrych wykonań między innymi takich jak: „My Boy”, „Promised Land”, które były najlepszymi ze wszystkich interpretacji Elvisa materiału Chuck’a Berry.

Elvis potrzebował swoich ludzi, ponieważ jego sesje nie przebiegały w określonym porządku i komercyjnej mody, która mogłaby się stać standardem . W latach ’70 niewiele zmieniło się w stylu pracy Elvis’a .

Felton Jarvis wspomina: „Opracowując coś, wkładał w to całą swoją spontaniczność. Lubił śpiewać z zespołem. Chodził w koło kładąc lekki nacisk na to co śpiewał. Gdy on chodził, perkusista mógł coś dodać. To była metoda jaką Elvis lubił w czasie opracowania piosenki. Prawdopodobnie jest, że gdyby współpracował z obcymi, nie pomyślałby nawet o pracy nad „Promised Land”, wśród swoich miał o wiele mniej zahamowań co pozwoliło mu swingować w niej i połączyć delikatność z intensywnością, której cechowały to pięknie nagranie. Oczywiście, takie swobodne zachowanie sprawiło problemy głównie techniczne. Elvis nie stał przed mikrofonem śpiewając tak długo jakby chciał tego inżynier. Jeżeli mikrofon stał przed nim Elvis odchodził od niego odgrywając piosenkę, a jeśli trzymał mikrofon w ręku uderzał nim o udo, powodując trzaski i zniekształcenia, albo siadał nad Burton’em czy Tutt’em, albo jakimś innym muzykiem, co z kolei zagłuszało wokal. Elvis nie dlatego pracował w ten sposób, że o nic nie dbał, a wręcz przeciwnie – znakomity profesjonalizm zawarty w każdym ruchu był niczym innym, jak jego natura. Elvis potrzebował tego, aby jego sesja była czymś więcej niż tylko rutyną , chciał spontaniczności, ponieważ wyczuwał, że jest to najlepszy sposób na stworzenie pamiętnych trwałych dzieł!!”
A inżynier Bones Howe dodaje: „Wyglądało to jak spoglądanie w przyszłość. Dzisiaj każdy tak nagrywa, a przynajmniej tak się robi rockowe nagrania. Wtedy Elvis był jedyny, wyprzedzał wszystko – to była produkcja płytowa typowa dla dzisiejszych czasów.”

Zabawne jest, że płyty Elvisa były jedynymi, które nie wymagały kredytowania przez producenta. Prawdopodobnie sam mógłby je kredytować jako producent każdej sesji w jakiej kiedykolwiek brał udział.

Sesje zaczynały się zwykle tak: Elvis, J.D. Sumner plus The Stamps i jacyś inni wokaliści śpiewali gospel, przy czym Elvis czasami akompaniował sobie na pianinie lub gitarze. On, Burton i pozostali muzycy mieszali różne odmiany rocka, folku, bluegrass próbując tym samym przygotować Elvisa do nagrań.

Prawdopodobnie nie mielibyśmy połowy piosenek Chuck’a Berry Johny Ace z lat 50-tych nagranych przez Elvisa w latach 70-tych, gdyby nie ten scenariusz. Czasami jak mówi Joergensen zamęczał muzyków na śmierć – tam nie liczono się z czasem. Za każdym razem kiedy miał sesje, starał się tak do niej ustawić muzyków, aby plon był jak najlepszy i zakończyć ją jakimś przenikliwym punktem kulminacyjnym jak np. „Burning Love” lub skomplikowaną aranżacją jaką widzimy w „An American Trilogy”.

Elvis ponad wszystko ufał swemu instynktowi. Sprawiało to wrażenie, jakby instynkt podpowiadał mu, że jeżeli się robi muzykę z uczuciem, to najpierw trzeba wprowadzić odpowiedni nastrój i pozwolić muzyce zadbać o resztę.

Głównie jednak sesja była dla Elvisa okazją do czegoś co nowozelandzki muzykolog Christopher Small określił jako robienie muzyki nie dla niej samej (jako rzeczy w samej w sobie) a tworzenie czegoś, co wychodzi z ust i jest transmitowane przez serce i umysł.

Tak, to co się działo w studio nagrań było tak samo nie do przewidzenia jak to co wychodziło spod ręki Picassa w jego pracowni. Zatem zgodzimy się, potrzebne mu były ogólne ramy w obrębie których wykonywał swoją pracę.

Bardzo bliski jemu zespół muzyków i techników dawał komfortową płaszczyznę, z której mógł wyrazić to co miał do powiedzenia. Oto dlaczego próżno było marzyć, aby Elvis miał współpracować z obojętnie jakimi sławnymi grupami rockowymi.

To bezsporna prawda, że łatwiej można było uścisnąć rękę Elvisa na Florydzie, niż dostać się do jego grupy, zasłużyć na uznanie takie jakie zaskarbili sobie Jarvis, Burton, Charlie McCoe.

Prawdą jest też, że wielu muzycznych współpracowników Elvisa nagrywało również z innymi gwiazdami. Burton robił to od początku swojej kariery, kiedy to w latach 50-tych grał z Ricky Nelsonem .Carlie McCoy wspaniale pracował z Bobem Dylan’em.  Praca Tony Brown’a pomogła stworzyć nową erę country w późniejszych latach 80-tych. Ale żaden z tych ludzi z nikim nie grał tak ekscytującej muzyki jak z Elvis’em. Kluczowym elementem tej współpracy był Elvis.
Więc cóż on takiego robił?  - Elvis śpiewał !


       



Część III

„Urodziłem się bo nie miałem wyboru.
Urodziłem się z darem złotego głosu
I 27 aniołami nad sobą
I to one przywiązały mnie do stołu
W wieży piosenki.”

Leonard Cohen – „Wieża piosenki”

Elvis w latach 70-tych śpiewał z grupą o stałym składzie, ale nie koncentrował się na stałej grupie autorów piosenek.
    W przeciwieństwie do lat 50-tych i wczesnych 60-tych kiedy to Otis Blacwell, Jerry Leiber i Mike Stoller, Doc Pomus, Mort Shuman, Don Robertson byli z nimi w ścisłym związku. W latach 70-tych Elvis miał paru autorów, którzy pisali dla niego regularnie. Nagrał również kilka piosenek różnych autorów – tych dobrze znanych jak i mniej znanych.

Gotowy materiał Elvis’a wyłaniał się przede wszystkim poprzez ciężką pracę i stworzony nastrój na sesjach. I takie jest prawdopodobnie źródło każdej starej piosenki R&B i rock’n’rollowej: Faine Adamsa „Shake A Hand”, Berr’ego „Promised Land”, Timi Yuro „Hurt”, Johnny Ace „Pledging My Love”, Jerry Lee Lewisa „Whole Lotta Shakin’ Goin On”, Muddy Watersa „Got My Mojo Working”, Charlesa Browna „Merry Christmas Baby” i najlepsza ze wszystkich Percy Mayfielda „Stranger In My Own Home Town”.

    Z „przekopania” kolekcji nagrań wyłoniły się takie standardy popu, folku, bluegrass nagrane przez Elvisa jak: „Windy, Cindy”, „Little Cabin On The Hill”, „I’ll Take You Home Again Kathleen”, „Froggy Went A Courtain”, „Danny Boy”, „A Hundred Years From Now” i kilka wspaniałych country: „I’m So Lonesome I Could Cry”, „Funny How Time Slips Away”, „Faded Love” jak i pieśni gospel wśród których znalazła się wspaniała „Amazing Grace”.

Wszyscy bez wyjątku południowcy odnajdują w muzyce gospel echa swojego dzieciństwa i są nią przepełnieni. Elvis do tego nurtu, który narodził się na długo przed tym, zanim ktoś zamarzył o miksturze zwanej rock’n’rollem wprowadził wiele zmian – co więcej tchnął w niego ducha i żywiołowość. Presley po mistrzowsku potrafił zrobić z piosenki wszystko o czym zamarzył: „Danny Boy” nagrał prostolinijnie, a „Hurt” przekształcił w krzyk bólu. Natomiast „ A Hundred Years From Now” zrealizował w rymie przechodzącym w bluegrass’ową obsesję zmierzającą w kierunku farsy. Ale wszystko co robił pochodziło z wnętrza muzyki, a nie z zewnątrz i nigdy nie miało protekcjonalnego posmaku gdyż Elvis i jego zespół do głębi respektowali pochodzenie muzyki.

Niejednokrotnie muzyka, którą się parali pochodziła z tego samego miejsca co i oni. Wszystko to można wyraźnie usłyszeć między wersami wielu utworów. Jego pochodzenie było również powodem dla którego chętnie śpiewał „An American Trilogy”: kombinację „The Batle Hymn of The Republic”, „Dixie” i „All My Trials”. Uczynił z niej utwór bardziej patetyczny niż każdy z tych utworów osobno.

Elvis jak nikt inny potrafił rozkoszować się rolą łączenia przeciwników, a jego autentycznie amerykański sposób ich godzenia pochodzi z ucieleśnienia każdego punktu widzenia pełnym sercem i to nie podzielnie.

Należy również dodać, że Elvis selekcjonował to co chciał nagrać. Opinia o Elvisie jako o człowieku, który śpiewał wszystko co mu się tylko podsunęło pod nos jest całkowicie błędna – nie był Georgiem Jonesem, ani Jerry Lee Lewisem, odrzucał znacznie więcej niż akceptował. Myślę, że ta opinia wywodziła się z rozległości jego gustów. Kiedy powiedział Marion Keisker „śpiewam wszystko” wiedział co mówi. Jak poważnie zamierzał wywiązać się z tego pokazał już w latach 60-tych albumem „Elvis Is Back”.

Jednak dopiero w latach 70-tych wolny od filmowych zobowiązań udowodnił, że w pełni to wszystko opanował. Elvis nigdy niczego nie robił ze snobizmu. Jego miłość do R&B, gospel i rock’n’rolla jest przez nikogo nie podważana , ale Elvis kochał także ballady i nie dbał o specjalnie czy były napisane na najwyższym poziomie jak „Bridge Over Troubled Water” czy „You’ve Lost That Loving Feeling” lub „My Way” czy „The Impossible Dream”.

Ale jest jedna rzecz w tym, którą należy zrozumieć i nie dowodzi to braku gustu – Elvis kierował się pewną normą w piosence a mianowicie: „Czy śpiewa?” Czy przemawiała do niego na różne intymne sposoby, które kierowały jego nienasyconą miłością do muzyki . Jeżeli tak, chciał ją nagrać. Jeżeli nie, ignorował ją. Szukał więc wysoko i nisko.

Czasami przyjaciel dostarczał mu coś ciekawego jak to było w przypadku: „Separate Ways” Reda Westa. Bywało, że Felton Jarvis miał też coś przypadkiem i czuł, że Elvis chciałby to wypróbować. Była też cała armia autorów, którzy wręcz „umierali” aby tylko mieć piosenkę dla Elvisa. Niektórzy z nich łącznie z największymi nazwiskami  byli wprost zachwyceni kiedy Elvis nagrał cokolwiek z ich propozycji. Wybierał ostrożnie i niewielu było autorów piosenek, których utwory Elvisowi się podobały.

Jak wiadomo Elvis nie pisał utworów, ale stworzył wysoce osobiste brzmienie, co można zauważyć w „Burning Love” i „For The Heart” Denisa Linde, W „For Ol’Times Sake” i „Polk Salad Annie” Tony Joe White’a, w „A Thing Called Love” i „Talk About The Good Times” (tak dobrze jak w utworach z lat 60-tych „US Male” i „Guitar Man”, które prezentował na scenie w latach 70-tych) Jerry Reeda, w „Always On My Mind”, „Reised On Rock” i „Moody Blue” Marka Jamesa. Słyszymy też absolutnie nowoczesnego Elvisa w „Suspicious Minds” i chyba w możliwie najlepszej ze wszystkich „Walk A Mile In My Shoes”.

Ten kwintet autorów dorastał w biedzie na Południu, z poczuciem mocnych więzi rodzinnych, w małych społecznościach takich samych jakie ukształtowały Elvisa. Kiedy Południowiec pisał o zmianach, które zauważył w swoim rodzinnym mieście, mógł w pełni wyrazić to co czuł Elvis za każdym razem, kiedy odwiedzał Tupelo, czy też wracał z tras koncertowych do szybko rozrastającego się Memphis.

„Polk Salad Annie” Tony Joe White’a malowała scenariusz sercem Elvisa – jej tekst nabierał kształtu wokół wizerunków przypominających jego własną młodość, a niewyraźnie cedzone słowa w „I’ve Got Thing About You Baby” zachęciły Elvisa do nagrania utworu (jednego z najwspanialszych z tego okresu) ponieważ pozwolił mu mówić w jego rodzinnym języku w muzycznie perfekcyjnych szczegółach.

W „Always On My Mind” i „Moody Blue” Mark James uchwycił pogrążoną w myślach tę stronę Elvisa, która wyrażała jego własne konflikty; podczas gdy Denis Linde w „Burning Love” stworzył mu możliwość powrotu do jego pierwszych pasji i najwcześniejszych prób rozgraniczenia country i R&B. Żaden z tych wymienionych powyżej autorów nie pisał na zamówienie Elvisa, ale ich praca znalazła oddźwięk u niego i prezentował ją nie tylko na płytach ale i a scenie.

Elvis nie projektował swoich albumów. Jedynym wyjątkiem pomijając gospel, kolędy i albumy koncertowe był album „Elvis Country” z 1971 roku, który zrobiono pod względem artystycznym profesjonalnie.

Elvis stworzył wielką ilość różnorodnych nagrań, które w sposób specyficzny przemawiały do różnych grup jego zwolenników. Osobiście wiem jednak, że nie różnicował swoich fanów. Według jego rozumowania byli oni zjednoczeni, ponieważ byli jago fanami. Większość z nich uważała, że wszystkie gatunki muzyczne (blues, country, ballady, gospel, rock’n’roll), którymi się parał były na równi wspaniałe. Ale publiczność rockowa, myśląca wyłącznie o swojej rozrywce sprzeciwiała się takiemu podejściu .

Felton Jarvis wiedział o tym i rozumiał jaką dominująca pozycję na rynku zajmował rock’n’roll: „Chciałem mieć dla niego więcej kawałków rockowych, takich jak „Burning Love”. Przez moment wydawało się jakby Elvis chciał powrócić do rock’n’rolla. Ale jednak przez parę ostatnich lat, jedyne co chciał śpiewać to ballady. Domyślałem się, że był w dołku z powodu rozwodu, a ballady były mu bliższe tego co odczuwał. Jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Elvis czuł się dobrze w każdym gatunku muzyki (mam tu na myśli lata 70-te) od pop po operę, gospel i country do bluesa.”

Można to dostrzec na pięciu dyskach kolekcji „Elvis – Walk A Mile In My Shoes”. Wspaniale ustawiony na nich materiał jest również cenną pomocą w jaśniejszym postrzeganiu, a przede wszystkim docenieniu najbardziej nie rozumianego okresu muzycznego Elvisa Presleya. Elvis nigdy nie naśladował żadnego innego wykonawcy, ale przekorna natura pchała go do zmierzenia się z innymi dobrymi piosenkami.

Największą jego zuchwałością było przejęcie „My Way” – piosenki tak ściśle identyfikowanej z Frankem Sinatrą, jak „Hound Dog” czy „Heartbreak Hotel” z Elvisem.
I od czasu kiedy po nią sięgnął i uderzył  nią z rozmachem wprost pod nogi Sinatry, doprowadził (jak to sobie zamierzał) do tego, że teraz jest identyfikowana z nim i jego interpretacją. A  wystrzelił piosenką tak mocno i demonstracyjnie, że pobił Sinatrę jego własną bronią.
Od czasu II wojny światowej nie było piosenkarza, który miałby odwagę i potrafił jednym posunięciem wywłaszczyć drugiego sławnego na cały świat.

Mit, że Elvis w latach 70-tych stał się leniwy umiera wraz z wersją Elvisa „My Way”, której powodzenie zatarło wszystkie dotychczasowe i nie z powodu wyjątkowej aranżacji, czy dlatego, że Elvis głosowo był lepszy od Sinatry, czy w końcu dlatego, że szczegóły życia Elvisa były wspanialsze od Sinatry. Nie, Elvis wygrał ten pojedynek ze znacznie prostszego powodu: dlatego, że zaśpiewał ją... na swój sposób.

Część IV

„ Posłuchaj, byłem edukowany, uczyłem się o zachodnich cywilizacjach.
Czy wiesz jakie jest przesłanie zachodnich cywilizacji?
Jestem sam...
Mojej sztuki nic nie może powstrzymać
Dopóki jest gigantyczna, większa niż kogokolwiek innego
I utwierdzająca odczucie publiczności, że też jest sama...”

Eileen Myles „Amerykański poemat”

Ze wszystkich rzeczy potępionych przez krytyków w ostatniej dekadzie jego kariery najczęściej wymieniano jego albumy live. Ale uczciwie rzecz biorąc nie było ich tak dużo: 5 w ciągu 7 lat. Jestem absolutnie pewien, że gdyby nie były oficjalnie wydane, kolekcjonerzy strzegliby ich jak skarbu, tak jak obecnie strzegą  pirackie nagrania  koncertowe .

Jednym z powodów, dla których Elvis wydawał płyty live był ten, że sprzedawały się lepiej niż pozostałe: „Aloha” stała się jego Nr.1 lat 70-tych i pierwszym albumem Elvisa, który otrzymał w USA status multiplatyny. Ponadto Elvis ciężko pracował aby zaprezentować nowy materiał na koncertach tak by bez fuszerki mógł być ujęty na płytach. Krytyka dotycząca tego, że były one powtórzeniem tego samego materiału ma tyle sensu co zarzuty, że każdy werset litanii zawiera „Kyrie eleison” lub że wszystkie psalmy chwalące Mesjasza osiągają punkt kulminacyjny w chóralnym „Alleluja”. Oczywiście, że są powtórzeniowe i to właśnie stanowi część rytuału.

Landau opisuje koncert Elvisa jako widowisko, które zawiera rytuał, a podczas rytuału pewne czynności muszą być powtarzane, bo inaczej łamiesz jego ducha. Elvis zmieniał ten „obrządek” na tyle na ile to było możliwe, ale potrzebował gestu, który wykonałby w kilku punktach widowiska i do tego potrzebna mu pewna ilość piosenek, które najlepiej podkreślałyby to co chciał osiągnąć. a to co robił najlepiej definiował Lendau: „Elvis uczestniczy w relacji 1:1 ze swoją publicznością i kiedy kroczy po scenie jest sobą – sam jest podmiotem maniackim niekontrolowanych, irracjonalnych pochlebstw, które są istotą amerykańskiego systemu gwiazd... nie będzie udawał, że jakimś młodym pełnym energii rockerem prosto z Delty. Nie może przeciwstawić się uczuciom tak wielu ludzi, których ma przed sobą twarzą w twarz. Musi jednak przeciąć ich pochlebstwa wobec siebie. Tak jak musi przeciąć własny narcyzm, a jeśli nie było innego powodu to dla zachowania rozsądku. Jego świadomość odbija się w jego samokontroli. Nigdy nie posuwa się za daleko i nigdy nie traci panowania.”

To bardzo dobrze definiuje nie tylko co Elvis robił, ale także dlaczego widownia przyjmowała to wciąż tak czule. Dla prawdziwego fana zbyt wiele albumów live mogło być równie dobrze czymś takim jak zbyt wiele słońca dla ludzi kochających przyrodę. Dla tych fanów każdy koncert Elvisa oznaczał najlepszą rzecz w ich życiu: był ich marzeniami, nadziejami, pasjami i wyzwalał je nie tak jak to robiły stare rock and rolle, ale czynił ich wolnymi poprzez wyrażenie ich najgłębszych frustracji i obaw.

W „You Gave Me A Mountain” Elvis wypowiadał się gdy tracił Priscille, ale to była tylko połowa historii. Drugą jej stroną było to jak wiele innych anonimowych samotnych serc wypowiadało to samo – czy to samotnych z powodu braku miłości, czy też z powodu kulturowego dyskomfortu, o którym mówi Myles.

W kolekcji „Walk A Mile In My Shoes” producenci układając utwory zawarte na piątym dysku dali nam idealny koncert złożony z najlepszych fragmentów występów w przeciągu  lat 70-tych . Część materiału jest standardowa, a część pochodzi z archiwum - wszystko to odtwarza widowisko, rytuał, pasję i podniecenie, które brały się z oglądania Elvisa na żywo i jeśli w trakcie słuchania tego stracisz na chwilę oddech, to jesteś blisko tego czym było oglądanie mistrza - doświadczeniem zapierającym dech w piersiach do tego stopnia, że dążyłeś do zapamiętania go w błyskach reflektorów, szybkich migawkach istoty czegoś zbyt wielkiego aby mógł objąć to umysł. Ale odkąd nie  możemy mieć go w sposób fizyczny, wywierający tak wstrząsający wpływ musimy ustalić w jaki sposób możemy go odzyskać, a to jest wzruszająco proste: po prostu siądź i posłuchaj – Elvis śpiewa.

Część V

„Jeśli miłość naprawdę wychodzi już z mody (w co nie wierzę)
Wtedy wraz z naszą wystudiowaną obojętnością wobec innych
Będzie więcej pogardy wobec obiektów czci...
Ale mogę zagwarantować jedno:
Nigdy więcej nie porozumiemy się w niczym tak
Jak rozumieliśmy się co do Elvisa.”

Lester Bangs –„Gdzie byłeś kiedy umarł Elvis?”

Kiedy pierwszy raz usiadłem zbadać ostatni okres działalności muzycznej Elvisa, nie byłem pozbawiony uczucia strachu. Wiedziałem, że z wieloma jego piosenkami nie spotkałem się wcześniej, wiedziałem, że często muzyka ma wartości, które długo nie są zauważalne. Część tej muzyki można usłyszeć w wykonaniu innych artystów, których Elvis i jego twórczość inspiruje i wyzwala. Ale najbardziej często usłyszysz słuchając samego Elvisa.

W spotkaniu z tym wielkim artystą otrzymasz więcej niż możesz przypuszczać. Dotarło to do mnie dzięki tej muzyce i było okazją na przemyślenie ostatniej dekady życia Elvisa  poprzez tą czystą muzykę, pozbawioną folkloru i było szansą na umieszczenie nie tylko tych informacji którym możecie naprawdę zaufać, ale i tych które mówią co zawiera ta muzyka.

Było to również jednym z powodów, dla których producenci wpletli w ten zbiór nowy, wyszperany w archiwach, szczególnie odziaływujący na wyobraźnie materiał.

Gorycz „Stranger In My Own Home Town” w której Elvis ma okazję przedstawić własną na pół ironiczną (ale na pół) wersję swojego odosobnienia, które poraża go (i rani) nawet w drodze do domu.

A w pełni oddająca stan emocjonalny wersja wiersza „Men With Broken Hearts” wyraźnie obrazuje duchowe zmęczenie tej wielkiej gwiazdy.

„A Hundred Years From Now” jak i nieprawdopodobna „Froggy Went A Courtain” wraz z niezwykłą „Alla ‘En Rancho Grande” były ostro atakowane (nie ma lepszego określenia) przez krytyków. Niemniej nie udało się im podważyć faktu, że Elvis rozumiał tę muzykę całym swoim jestestwem: miał ją w sercu, w kościach i wyrzucał ją z siebie z wielką miłością jak i czasami z kpiną.

We wszystko co robił wkładał całą swoją energię począwszy od „My Way” aż do ostatnich linijek
„I Should Be Released”. A kiedy zajął się prawdopodobnie najdzikszą, przepełniona bluesem „Amazing Grace”, to z nieokiełzanej pieśni nadziei stworzył pieśń głęboko wątpiącej nadziei , zaś jego pełna zadumy recytacja „Softly As I Leave You” prawie na pewno apokryficznej historii zbliża tak jak to tylko możliwe do człowieka takiego jak Elvis , lubiącego ryzyko aż do borykania się z prawdopodobieństwem własnej śmierci (a może historia „Softly” czy aranżacja „Amazing Grace” pokazuje co Elvis odnalazł w sobie po śmierci Gladys ?) .

To co przekazałem wam utwierdziło moje przekonanie nie tylko w tym, że Elvis był nie zwykłą istotą, która prowadziła najbardziej mityczne życie spośród ludzi naszych czasów, nie tylko w tym, że był wielką gwiazdą kochaną przez miliony i nie tylko w tym, że był wspaniałym wokalistą , ale przede wszystkim ugruntowało moje przekonanie, że w jego choroby i stresy wpędziła go mordercza praca.

A wszystko co trzeba zrobić aby to zrozumieć to po prostu posłuchać go. Są szanse na to, że to co usłyszysz zabierze Cię z powrotem do miejsc z naszych snów, gdzie muzyka kształtuje nam pierwotne wyobrażenie o tym, jakie mogłyby być nasze życie, nasza miłość i nasza przeszłość. To marzenie, ta wolność wyobrażenia sobie lepszego świata, gdzie muzyka rozbrzmiewa wokół są najlepszym darem Myślę, że był nam dany artysta naszych czasów. Pozwolę sobie zatem  zakończyć słowami:  SŁUCHAJCIE! ELVIS ŚPIEWA!

Przykład i opracowanie: Marlena Bartczak!


http://i17.photobucket.com/albums/b82/Charmed31/Elvis%20Presley/tcb_elvis_gif.gif

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
Host by: Hosting 1.2.13
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson



Założ : stronę za darmo